W Polsce testy DNA może dziś robić każdy. Nie ma obowiązkowych certyfikatów, kontroli, przepisów. Władze zajmujące się ochroną zdrowia w Polsce nie zauważają, że badania DNA stają się jednym z podstawowych, powszechnie przyjętych narzędzi w medycynie. I nie tylko w medycynie – także w kryminalistyce i sądownictwie, w badaniach przyrodników (np. antropologów i ewolucjonistów), a nawet historyków, m.in. specjalistów od genealogii.

Testy genetyczne to potężne narzędzie, dlatego należy się z nim obchodzić ostrożnie. Informacje zapisane w naszym DNA to dane niezwykle wrażliwe, muszą więc być szczególnie chronione. Dają nam wiedzę o sprawach budzących wiele emocji i mających ogromny wpływ na życie nie tylko danej osoby, ale całej rodziny, a czasem nawet społeczności. To kwestie ojcostwa, chorób dziedzicznych czy pochodzenia.

Dlatego ich wyniki muszą być wiarygodne, a także zinterpretowane i przedstawione zainteresowanym przez specjalistów. Nic dziwnego, że wiele krajów stworzyło odrębne prawodawstwo poświęcone kwestii badania ludzkich genów. Wzorem mogą być w szczególności Niemcy, Austria, Szwajcaria i Wielka Brytania.

Polska również potrzebuje nowego prawa, bo teraz mamy przestarzałą i chaotyczną mieszankę przepisów rozsianych m.in. po ustawach o zawodach lekarza i dentysty, prawie farmaceutycznym, kodeksie postępowania karnego czy ustawie o diagnostyce laboratoryjnej. W 2011 r. minister nauki i szkolnictwa wyższego powołała zespół złożony z lekarzy, biologów, prawników, etyków, laborantów i ekspertów od ochrony danych osobowych, kierowany przez prof. Michała Witta.

Opracowany przez nich projekt ustawy w 2013 r. przekazano do Ministerstwa Zdrowia. Od tamtego czasu nie wydarzyło się praktycznie nic. Tymczasem w Polsce trwa genetyczna wolnoamerykanka: za kilkaset złotych można zrobić wysyłkowo test na ojcostwo i to nie tylko sobie, ale komuś wysyłając np. próbki czyjejś bielizny lub szczoteczkę do zębów.

Co gorsza, nawet polskie sądy zlecają analizy genetyczne, kierując się np. głównie kryterium ceny i nie zawsze przykładając wagę do jakości danego laboratorium. Również analizy onkologiczne bywają robione w laboratoriach niemających certyfikatów. Dlaczego? Bo nie ma takiego wymogu.

Czyżby problem są też braki w budżecie? Nowe technologie zazwyczaj nie są tanie. Tylko że w przypadku testów genetycznych może być akurat odwrotnie. Dowodzi tego choćby przykład Francji. W ramach zakończonego w 2013 r. drugiego narodowego planu walki z rakiem Francuzi zainwestowali 1,7 mln euro w testy DNA u chorych, u których stwierdzono raka płuc. Sprawdzano mutacje w pewnym genie kluczowym dla powodzenia terapii. Liczba testów przeprowadzonych w 28 centrach diagnostycznych wzrosła dziesięciokrotnie. W rezultacie 1724 pacjentów poddano trwającej 38 tygodni terapii. Jej koszt: 35 mln euro. Dużo? Tylko pozornie – dzięki tym samym badaniom do leczenia nie zakwalifikowano 15 tys. chorych, w przypadku których to leczenie po prostu by nie działało. Na ich niepotrzebne i nieskuteczne leczenie wydawano by 69 mln euro rocznie!

Z kolei w USA oszacowano, że wprowadzenie testów mutacji w genie związanym z rakiem jelita grubego może przynieść roczne oszczędności w wydatkach na leki na poziomie 740 mln. Dolarów.

Bez testów genetycznych nie da się wejść w erę medycyny spersonalizowanej, opierającej się na znajomości organizmu jednego, konkretnego pacjenta. A tak właśnie ma wyglądać leczenie w najbliższych dekadach. Tylko że aby testy miały wartość, muszą być robione w laboratoriach gwarantujących najwyższą jakość i których wyniki są porównywalne. To właśnie zapewnia system kontroli i certyfikatów. Okazuje się, że one również nie są zaporowo drogie – w tej chwili to od 500 do 1000 euro na rok za zweryfikowanie określonej procedury diagnostycznej (nie całego laboratorium). Kwestia jakości badań była pierwszą sprawą, jaką zajął się zespół, który opracował projekt nowej ustawy.

Inne rozwiązania cywilizujące polskie realia testowania genów to m.in.. zakaz robienia testów anonimowo, bez skierowania od lekarza i bez pobrania materiału genetycznego w certyfikowanym laboratorium. Niedopuszczalne byłyby testy bez zgody osoby, której one dotyczą. Pracodawca nie miałby prawa skierować na testy kandydata lub osoby już zatrudnionej (z wyjątkiem sytuacji ściśle związanych z ryzykiem rozwinięcia się i zaostrzenia choroby w efekcie danego rodzaju pracy). Dane genetyczne byłyby też dużo lepiej strzeżone.

– W tej chwili firmy oferujące w Polsce testy genetyczne mają prawdziwe eldorado – mówi prof. Michał Witt. – Aby je robić, wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą. Dokładnie tyle samo, co jest potrzebne, żeby sprzedawać pietruszkę – dodaj z przekąsem naukowiec.

Red. (źródło: wyborcza.pl)

Print Friendly, PDF & Email

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ